Głos domu nr 6
Pamiętam, że biegnąc "po płotkach" w kierunku zachodnim wzdłuż r y n s z t o k a / chodnika z płyt ani polbruku nie było/ dolatywało się do domu Nr 6, podobnego wyglądem i architekturą do innych domów z "pierzei pólnocnej". Lecz choć dachem, ogródkiem i tysiącem rzeczy spokrewniony - ducha był innego, tajemniczego i zielonego za sprawą dzikiego wina, przez które wieczorem sączyło się seledynowe światło naftowej lampy z kloszem niezwykłego morskiego koloru. Nas, dzieci z Placu Czarnieckiego niezmiernie intrygowało utajone życie tego domu, który napawał nas niejakim lękiem. Powodem bojaźni był biały fartuch właścicielki domu, pani Serafiny Bohdanowicz, gminnej położnej i przełożonej pielegniarek, a szczególnie błyszczące metalowe pudełeczko ze strzykawkami i kompletem igieł stale jej towarzyszące. Zanim zostały wyjałowione, paniczna ucieczka na strych ratowała niejedno życie podczas jej nieoczekiwanej wizyty.
Intrygująco było też, gdy na wakacje przyjeżdżali dwaj wnuczkowie z Warszawy, z nieznanego wielkiego miasta. Czasem zapraszani byliśmy na ganek, albo sami się wpraszaliśmy. Na ganku był starodawny dzwonek, który niestety zachęcał do różnych psikusów. Ale nie o tym pisze Zygmunt. Dziś w miejscu niezwykłego domu Nr 6 stoi atrapa, mieści się tam biblioteka. Dobrze więc, że po wielu latach milczenia, z głębi minionego tykocińskiego czasu dzwonek ozwał się, budząc nigdy nie poznane do końca wnętrze domu, domowe głosy i przypominając panią Serafinę, której tak wiele zawdzięczamy.
MARIA MARKIEWICZ

Zdjęcie domu nr 6 przy Plau Czarnieckiego - lata 1950/ 1960 (z archiwum rodzinnego Zygminta Kościelskiego).
DZWONEK
Padał deszcz. Było zimno. Wiał wiatr.
Gdy wieczorem siedzieliśmy w domu, nieoczekiwanie –odezwał się dzwonek do drzwi wejściowych. Nie byle jaki był to dzwonek. Nie byle jaki był to dom.
Na ganku – po lewej stronie drzwi wisiał, zrobiony z grubego pręta miedzianego, uchwyt dzwonka. Do niego zamocowany był drut, którzy przebiegał, nieco tylko nad głową, po skosie, przez całą sionkę i przechodził do pokoju. Tam dopiero, tuż przy framudze kolejnych drzwi wisiał właściwy, dość spory, mosiężny dzwonek.
A my już po kolacji, w cieple drewnianych ścian, przy lampach naftowych, wtuleni w fotele, albo ułożeni na łóżkach, gaworzyliśmy sobie, czytali książki, marzyli.
I raptem dzwonek.
Nieoczekiwany.
głośny - taki, aby go usłyszeć można było nie tylko w pokoju czy kuchni, ale w całym domu a nawet w ogrodzie…
Ktoś szarpał za rączkę na ganku, mocno, ale nie natarczywie. Robił przerwy, aby gospodarze mogli zareagować, a gdy tej reakcji nie było, dzwonił po raz drugi i jeszcze raz, i po raz kolejny.
Wiec chcesz, nie chcesz, trzeba wstać, a Babunia, jak zwykle, idzie przygotować torbę, bo przecież wiadomo, co taki dzwonek znaczy. Gdzieś w Tykocinie albo „na wiosce” rodzi jakaś kobieta i potrzebna jest jej pomoc.
Tymczasem ktoś znudzony zapala światło na ganku, otwiera drzwi. Wiadomo, co zobaczy. Przemokniętego, zdenerwowanego chłopa z batem w ręku, nerwowo przestępującego z nogi na nogę, z czapką w ręku, czasem lekko już podpitego, sumitującego się, że nie wejdzie, bo przecież narobi bałaganu, bo mokro… i furę przed domem, dobrze dla Babuni wymoszczoną.
Ciężkie, solidne, na biało malowane drzwi opatrzone w wielki, ręcznie chyba jeszcze kuty zamek, się otwierają bez jednego skrzypnięcia…
Nie ma nikogo.
alarm zostaje odwołany i wszyscy ze zdziwieniem patrzą na nadal chybocący się w milczeniu kielich dzwonka. Nieme świadectwo tego, że nie ulegliśmy zbiorowej halucynacji. To pewnie tylko dzieci- mówi ktoś niepewnie. Więc powoli wracamy do swoich zajęć, i nawet kocur, który nie wiadomo skąd się pojawił, zadowolony układa się i głośno mruczy. Dom się staje coraz bardziej spokojny, wyciszony, zapadający w sen.
Tylko lipy rynkowe szumią w deszczu swoje codzienne kołysanki.
I życie się toczy jak zwykle, w cieple lipcowych dni, chlupotu rzeki, smaku cierpkich, zielonych jeszcze jabłek, podrapanych kolan i pokłutych nóg…Aż do dnia, gdy wieczorem już o kolacji, siedzimy przy lampach naftowych, wtuleni w fotele, albo ułożeni na łóżkach, gaworząc sobie, czytając książki i marząc...
Dzwonek.
Nieoczekiwany.
Głośny - taki, aby go usłyszeć można było nie tylko w pokoju czy kuchni, ale w całym domu a nawet w ogrodzie…
I cała historia powtarza się
I tak kilka razy
Już wiadomo, że to ani psoty dzieciaków, ani dowcipy sąsiadów.
Groza zaczyna coraz bardziej narastać, bo mamy do czynienia z czymś nieznanym, niewytłumaczalnym, tajemniczym, jakby nie z tego świata.
Gdzieś tak chyba po miesiącu dostrzegamy pewną prawidłowość. To „coś” dzwoni do drzwi, zawsze wtedy, gdy jest chłodno, pada deszcz, wieje wiatr… Nigdy nie zdarza się to w ciągu dnia.
Cały spokój tego domu zostaje zburzony, wszyscy chodzą podenerwowani. Babunia niby nic po sobie nie pokazuje, ale częściej niż zwykle zagląda do kościoła. Reszta dorosłych jest niespokojna, milcząca, dzieci przerażone i wszyscy z niepokojem oczekują na kolejne wieczory pełne są podenerwowania, i niezdrowego podniecenia. Nawet, wydaje się, że sąsiedzi jakby trochę inaczej nam się przyglądają.
Sytuacja staje się tak nieznośna, że Wandzia zaczyna coś przebąkiwać o wcześniejszym powrocie do Warszawy …
I nagle, któregoś wieczoru…
Dzwonek.
Już nie nieoczekiwany, ale właśnie ten, którego wszyscy tak się obawiają.
Głośny - taki, aby go usłyszeć można było nie tylko w pokoju czy kuchni, ale w całym domu a nawet w ogrodzie…
Ktoś szarpał za rączkę na ganku, mocno, ale nie natarczywie. Robił przerwy, aby gospodarze mogli zareagować, a gdy tej reakcji nie było, dzwonił po raz drugi i jeszcze raz, i po raz kolejny.
Strasznie chcę być dorosły i udowodnić, że jestem odważny. Zupełnie jak Pantera z Lata leśnych ludzi, albo jak Winnetou. Więc wstaję i na drżących nogach, szczękając zębami, przerażony, idę w stronę drzwi, ale Wandzia mnie wyprzedza każe zostać w pokoju. I na nic moja odwaga i poświęcenie.
Wandzia otwiera drzwi i…
Zaczyna się głośno, histerycznie, ale zjednoczenie z jakąś niesłychana ulgą śmieć. Wraca do pokoju, zapala papierosa od lampy naftowej i dopiero potem mówi: Macie swojego ducha – i wskazuje ręką na mruczącego kocura.
Łobuz nauczył się skakać na rączkę dzwonka.
I skakał wieczorami, gdy wracał z jakiejś swojej kociej i zapewne rozpustnej wyprawy. Gdy było ciepło właził do domu przez otwarte okno, ale gdy padało i były pozamykane okna, cóż było robić?
Trzeba było zadzwonić.
ZYGMUNT KOŚCIELSKI