pokrewieństwa

POKREWIEŃSTWA


Tykocin w zgniło-szarych politycznie latach pięćdziesiątych był najbardziej kolorowym i najweselszym miejscem na świecie. Szczególnie kolorowo i radośnie było pomiędzy kościołem a drugim domem od strony rzeki. Najważniejsze po tej stronie rynku były trzy domy. W ciemnej sieni pierwszego od mostu domu państwa Roszkowskich, po zamknięciu drzwi pokazywał się na ścianie ruchomy obraz przedstawiający odwrócony kościół. Na tle żółtej i  jaskrawej od słońca fasady z dwoma wieżami przesuwały się "do góry nogami" ciemnozielone sylwetki spacerujące lub biegające, wozy zaprzężone w konie, autobus PKS, ciężarówka, obwiedzione słoneczną miękką obwódką. Chmury przesuwały się na bardzo błękitnym, również odwróconym niebie. Czasem także kiwająca się do góry nogami gałąź lipy i na pierwszym planie pojawiały się ząbkowane serduszka migocące światłem. Obraz znikał, gdy dłonią zasłaniało się dziurkę w drzwiach zrobioną w niewiadomym celu - lub po to. Obrazek ten dzieci zabierały ze sobą w dalsze życie, i z pewnością świeci im on dziś na starość w rajskich miejscach, na Manhattanie, na Ursynowie lub na tamtym świecie.

Z domem państwa Roszkowskich, a właściwie Bagińskiech /pani Jadzia Bagińska, po której na strychu drugiego domu pozostała jedyna pamiątka - niebiesko emaliowana foremka dla lalki - wyszła za pana Ignacego Roszkowskiego/ spokrewniony był drugi od mostu dom, gdzie w owych czasach, w pierwszy powojennym dziesięcioleciu były obchodzone dwa smutne wydarzenia i trzy radosne. W rodzinie pp. Matusiewiczów urodziło się dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka. Przy narodzinach asystowała położna -  sąsiadka z czwartego domu - pani Serafina Bogdanowicz i babcia, młoda wówczas i pełna sił "babunia" Maria Maliszewska. Dzięki temu dzieci urodziły się zdrowe i miały szczęśliwe dzieciństwo.

W roku 1952 zmarł na obczyźnie w Anglii Władysław Maliszewski, który na pisał list do niewidzianej wnuczki. Nie doczekał radosnego wydarzenia, jakim była śmierć Josifa Wissarionowicza Stalina. W dniu, gdy Tykocin - i cały świat okrył się kirem, pani Alicja Matusiewicz idąc do szkoły zdjęła żałobę po ojcu i włożyła wzorzystą kolorową sukienkę w róże i tulipany.

Gdyby śmierć "Ojca narodu" nastąpiła jeden rok wcześniej, mógłby wrócić do macoszej ojczyzny i do ukochanego Tykocina.

Narodzin prawnuczki doczekała sędziwa prababcia, Konstancja Kizling, zwana "babcią Kiźlinkową", ale zmarła kilka miesięcy później nie doczekawszy wnuczka, który przyszedł na świat w 1955 roku. Przez kolejne lata dom tętnił życiem - aż do czasu gdy dzieci dorosły i odjechały. Zamarła Maria Maliszewska, dzięki której obiad zawsze był na czas, ogród był zasiany i opielony a dzieci nieusmarkane, kapusta w beczce ukiszona na zimę i pyszne paczki w karnawale. To głównie dzięki niej dom był domem jak z przedwojennej książki kucharskiej - w czasach najciemniejszego sowieta, ona przeprowadziła dom przez wszystkie te czasy jak Mojżesz lud Izraela przez Morze Czerwone. Dom przechował w sobie pamięć rodziny i minionego, prawdziwego Tykocina. Wart jest trudu, by go ocalić.

 

MARIA MARKIEWICZ

fot. Czesław Matusiewicz